
Od niespełna tygodnia jestem na cyfrowej diecie. Co to oznacza? Oznacza to, że ograniczyłam spożycie internetowych kalorii do zera. Teraz daję sobie przyzwolenie na sprawdzanie Iphone’a raz na dzień, pod wieczór. Wszystko zaczęło się od książki Michaela Ruckera pt. „Fun Habit” (tłumaczenie „Supernawyk”). Doszłam do wniosku, że aby stworzyć strategię przeciwko mojej prokrastynacji, muszę wpierw wyeliminować źródło mojej prokrastynacji. A głównym rozpraszaczem mojej uwagi jest Internet i niemal obsesyjne sprawdzanie internetowych treści. Już drugiego dnia od rozpoczęcia mojej diety zauważyłam pozytywne rezultaty. Dni wydają się o wiele dłuższe, mam więcej wolnego czasu na planowanie, pisanie, czytanie oraz rozwój. Poza tym zauważyłam, że odkąd ograniczyłam czas spędzany w sieci jestem o wiele bardziej spokojna i uważna. Początki jednak nie były łatwe. Bywały momenty kiedy czułam rozdrażnienie spowodowane brakiem dostępu to mojej ulubionej zabawki.
Klin klinem, czyli sposób na bezbolesne przejście na internetową dietę
Aby ograniczyć szkodliwe zachowanie sama silna wola nie wystarczy. Nikt z nas nie ma nadprzyrodzonej samokontroli. Aby wyeliminować jeden negatywny nawyk, trzeba zastąpić go nowym i lepszym. Moim nowym codziennym nawykiem jest medytowanie przez godzinę. A zatem po powrocie z pracy chowam telefon kómórkowy do schowka i medytuję przez godzinę. Po zakończeniu medytacji opisuję w swoim notatniku wszystkie spostrzeżenia, uwagi i odkrycia. Stworzyłam listę 10 wyzwań na najbliższe 10 miesięcy. Przykłady wyzwań: bieganie 5km każdego dnia przez 30 dni, obserwowanie i szkicowanie chmur przez 30 dni (sesja obserwowania i szkicowania chmur będzie trwała 30 minut), pisanie jednego posta na mojego bloga przez 30 dni, odwiedzanie nowych miejsce każdego dnia przez 30 dni etc.).

Kiedy wracałam autobusem z pracy w poniedziałek i obserwowałam moich współpasażerów to uderzyło mnie, że praktycznie wszyscy byli wessani w ekrany swoich smartfonów. Ludzie wyglądali na zmęczonych i wydrenowanych. Ludzie wyglądali jak by byli Zombie – umierali za żywota. Ja czytałam Kindla, ale przecież kiedy jestem w domu to wpadam w iście internetowy cug. Cug ten podsyca jakiś dziwny niepokój i wewnętrzne rozkołatanie, umysłowe rozproszenie i emocjonalne rozregulowanie. Internet jest uzależniający niczym cukier. Im więcej go spożywamy, tym nasze zapotrzebowanie rośnie. Uzależnienie od internetu, tak jak każdy inny nawyk nie jest łatwy do wyleczenia. Kiedy usiłujemy wyjść z nałogu to pojawią się efekty odstawienne. Ja wychodzę z mojego nałogu internetowego i bywają momenty, że odczuwam objawy „zespołu absytencyjnego”. W trakcie takich momentów jestem bardziej przygnębiona, chwilami nie wiem co ze sobą zrobić, czym się zająć, czym zaabsorbować umysł spragniony dziennej dawki cyfrowych kalorii. Wiem jednak, że jest to etap przejściowy i że z czasem mój umysł będzie coraz rzadziej domagał się internetowych kalorii. Jestem bardzo ciekawa jak zakończy się mój eksperyment. Jestem jednak przekonana, że zyskam bardzo dużo czasu, energii i klarowności myślenia. Swe postępy będę skrupulatnie opisywać w swym notatniku, pamiętniku oraz blogu. Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że moje nowe wyzwanie i dieta internetowa uczy mnie większej uważności i wydajności. Daję sobie przyzwolenie na wejście do sieci na około 15 minut każdego wieczora, i kąski te traktuję jak nagrodę za moją konsekwencję i upór. Z drugiej jednak strony chcę wykształcić w sobie nawyki i zachowania, które będą o wiele bardziej pozytywne, satysfakcjonujące i przyjemne niż gmeranie w Internecie i zaprzepaszczanie cennego czasu na pustą rozrywkę.
Leave a comment